Blog > Komentarze do wpisu
Jak znielubic własnego psa, czyli moje żale

Czasem sa dni, kiedy nic nie powinnam robic z psem, boi albo ja nawalam, albo burek nawala, albo nawalamy razem. Dzis wlaśnie był taki dzień. o ile rano bawiłysmy się fajnie i udało się poćwiczyc wchodzenie przedniki lapami na książkę, to po południu makabra.

Mam ochotę przerobic Fi na rosół i w sumie jak się nie uda zrobić z niej porządnego psa, to pójdzie na stół świąteczny.

Moja wina, przekarmiłam ją dziś i miałam w efekcie tego burka zajetego wszystkim, tylko nie mną. Makabra. Bylam dla niej konmpletnie nieatrakcyjna i zrezygnowałam z ćwiczeń, bo "do mnie" w jej wykonaniu wyglądało jak "Wypchaj się krowo". No to się wypchałam i postanowiłam pobawić się z Piratem, podczas gdy mała przypiełam do drzewa. Nie chce kontaktu to nie.

Pirat zachwycony, po 10 minutach zmiana psów. mała nawet zadowolona i jakoś ożyła na mój widok. Pirat zobaczył, że zaczynam rozbawiać przed ćwiczeniami Fi i rozdziamał się na całego, próbując wyrwać drzewo- skandal- zajmuję się malą zamiast nim. No i na jego szcekanie Fi stracila znów zainteresowanie mną i ustawiła się do biegu w kierunku Piratka. Myślałam, że zabiję oboje. Udało mi się jednak poklikać małej chodzenie przy nodze w stronę Pirata i zrobić przy nim zakręt. na tym skończyłam, bo więcej bym nie zrobiła. pal to sześć- koniec wspólnych spacerków z Pirackim- szczeniak mi sie psuje.

Dobra,  w dalszej części spaceru polazilismy po zamkniętym boisku. Ogrodzenie w jednym z miejsc styka się z przystankiem autobusowym i Fi od razu biegnie tam i wspina się na ogrodzenie- nauczyła się, że czekający na autobus miziają ją przez siatkę. No i szczeniak zbadał siatkę, spojrzał na mnie i biegnie zawołany imieniem. Po kilku krokach małej  jakiś miły człowiek zaczął ćwierkać do niej przez płot i klaskac . Oczywiście przybiegła, ale nie do mnie. Ok, glęboki wdech, idę dalej, schowalam się za drzewo- kiedyś sucz zorientuje się, że stado sobie poszło i zacznie nas szukać -trochę stresu nie zawadzi a i nagrodzę sowicie.  Po minucie witanka z obcym skojarzyla, że mnie nie ma i zaczęła szukać. Pokazalam jej się, zawołałam -przybiegła, dostała kupę smaczków, choć wściekła byłam, że  miły skadinąd człowiek popsuł mi przywołanie. A miły człowiek dołożył mi, podchodząc i komentując : jak moze być Pani tak okrutna i chować się szczeniaczkowi?.... Jezu, ręce mi opadly.

Dalej idziemy już na smyczce, tłum- czekam pod poczta na znajomą, coby jej oddać książki, pożyczone pół roku wcześniej:)Trochę się uspokoiłam, bo sporo ludzi w różnym wielu i o rożnym wyglądzie wymiziało mi potworki. Mały probował pchac się na ręce, a duży tez próbował. Kiedy nie mogę technicznie posadzić Fi przy witaniu się z obcymi ( nie mam rąk), pozostaje  mi zablokować ją delikatnie smyczą, albo przytrzymać za obrożę, żeby nie skakała. Trzymana za obrożę siada. No i zebrałam od kolejnej osoby. trzymam małą, pani ją kizia, ja uspokajam ją głosem "dobra sunia, nie skaczemy". Dowiedziałam się, ze szczeniak po to jest szceniakiem, żeby skakać, jak dorośnie , to nie będzie - no i pani wzięła  szceniaczka za przednie łapki i władowała je na swoje spodnie. Mnie zagotowało, zdjęłam psa, nagrodziłam Fi-ta oczywiście wniebowzięta- ojej skaczemy jak super, a ja z palpitacją serca.

Potem jeszce wizyta w sklepie zoologicznym po zabawki a na koniec Fi odwaliła takiego osiołka jak jeszce żadnen burek mi nie odwalil. Siadał co chwila i NIC nie działało jako zachęta. Ja wiem, że to u małych bulli normalne. Pirat przeszkolił mnie w tym zakresie kompleksowo. Teraz jednak o mało nie pociągnęłam kundla za sobą. Ja z  wielką siatką, plecakiem i dwoma młotkami na smyczach. Duży młotek postanowił ciągnąć do przodu ( A ON NIE CIĄGNIE), mały zaparł się i usiadł a ja się motałam i dzwoniłam zakupami. Ok, jakoś wzięłam szczeniaka na ręce i przeniosłam do miejsca, które zna- wie,że tędy wraca się do domu. Pomknęliśmy wreszcie w jakimś przyzwoitym tempie do domu. Szłam szybko, żeby maluch tym razem nie próbował ciągnąć do przodu, bo brakowało mi sił do zabawy " w drzewo".

W domu wsadziłam małą do kojca, wyszłam po zakupy, przygotowalam jej kartonowe, podziurkowane  pudełko z korpusami kurzymi w środku. Niech się tłumok zajmie , jak się obudzi.

Na razie koniec  z michą - będzie dostawać żarcie w dziwnych opakowaniach, żeby trochę potrudzić się nad jego zjedzeniem. A czy jutrzejszą porcję dostanie w zabawkach, czy w całości z ręki, zależeć będzie od stosunku mojej wrednej suki do mnie.

I tak ją kocham,ale musiałam się wyżalić.:)

czwartek, 30 listopada 2006, zmija14
Komentarze
2006/12/04 13:21:15
Łoj, obśmiałem się:) Wiem, że Żmiji nie było do śmiechu, ale co tam - mam nadzieję, że mi wybaczy. Przypomiała mi się pewna scena z dzieciństwa moich suczek, kiedy to uczyłem je kulturalnego chodzenia na smyczy i wracając do domu z lasu musiałem bawić sie w drzewo, najpierw dla jednej, potem dla drugiej na przestrzeni 200m. I nic to nie dawało, osły były osłami:), a ja pokonywałem 200m w 20 min. Z perspektywy czasu wiem, że zrobiłem błąd - to było bulkowo uparciuchowo i należało ćwiczyć psy osobno, a nie udawać, że to ONy. Żmija ma inną sytuację, bo Piracki to dorosły, dojrzały samiec, ale jak widać bulkowo uparciuchowo przekracza wszelkie granice - wieku również...